-Mordzia, niestety nie możesz iść ze mną- powiedziałam smutno. Nie tylko ona miała teraz ochotę na długi spacer. Szczerze, to raczej wolałabym teraz pobiegać po lesie, czy zrobić coś podobnego. Często szukałam w nich jakichkolwiek oznak życia, jednak mogłam zauważyć tylko przebiegające w popłochu zwierzęta. Raz nawet widziałam dzika, ale ten zdawał się nie być świadomy mojej obecności i po prostu przemknął przez labirynt drzew. Ubrana w jeden z moich ulubionych kompletów zarzuciłam mój plecak na ramię, po czym pożegnałam się z Mortem i wyszłam z mieszkania.
Do pracy dotarłam w parę minut, w końcu to było tylko parę kroków dalej, musiałam jedynie przejść przez ulicę... Wchodząc do środka zauważyłam jakiegoś nieznajomego mi chłopaka.
-Witaj, jesteś tu nowy, no nie?- Spytałam z szerokim uśmiechem. Chłopak niepewnie pokiwał głową na znak potwierdzenia.
-Jestem Agnes, a ty?
-Bobby, miło mi- powiedział i także się uśmiechnął. Po pewnym czasie przyszedł nasz szef i oznajmił, że obsługuję klientów, a Bobby robi resztę. Mówiąc to miał na myśli, że stoję za kasą tylko wtedy, gdy zjawi się jakiś klient, a przez pozostały czas mam mu pomagać, a po skończonej pracy możemy poleniuchować.
(...)
Szłam z Mortem u boku. Przez cały czas była pobudzona, co wcale mnie nie dziwiło- uwielbiała spacery po lesie. Z resztą tak, jak ja. Była na odpiętej smyczy. Nie musiałam się obawiać, że mi ucieknie. W każdym razie, gdyby pognała za jakimś zwierzem, szybko by wróciła na moje wezwania. Zawsze tak było. Po pewnym czasie biegłyśmy szaleńczo, a ja śmiałam się głośno. W końcu byłam bardzo zmęczona, więc przycupnęłam obok najbliższego drzewa i wsłuchiwałam się w ciszę, co chwilę przerywaną ciężko oddychającą Mortem. Nagle usłyszałam trzask gałęzi. Przestraszyłam się nie na żarty, jednak szybko poczułam ulgę. Zdziwiona spoglądałam na Szymona zmierzającego ku nam.
(Szymon?)